Wiadomości 14:18 04.02.2019

Jak się pracowało z Misiem? Koledzy z MON nie mają litości: zdemoralizowany, niebezpieczny typ

Pracownicy MON o Bartłomieju M. fot. Andrzej Hulimka/REPORTER

Po zatrzymaniu Bartłomieja M. przez CBA i osadzeniu go w areszcie na najbliższe trzy miesiące, byli współpracownicy z MON postanowili opowiedzieć o "Misiu". Z relacji pracowników ministerstwa wynika, że protegowany Antoniego Macierewicza był łasym na luksusy i terroryzującym pracowników szefem gabinetu.

Bartłomiej M. i pięć innych osób zostało zatrzymanych przez CBA i doprowadzonych do prokuratury pod zarzutem korupcji i działania na niekorzyść Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Były rzecznik MON i szef gabinetu politycznego Antoniego Macierewicza, miał między innymi przyjąć łapówkę opiewająca na kwotę 90 tysięcy złotych.

Teraz Bartłomiejowi M. grozi kara do 8 lat pozbawienia wolności. Zanim jednak rozpocznie się proces, sąd zdecydował o trzymiesięcznym areszcie dla byłego pracownika MON.

ZOBACZ:  Z luksusów do celi. Trudne warunki "Misia" w areszcie

Bartłomiej M. zatrzymany przez CBA

Macierewicz broni "Misia". "To uczciwy człowiek"

Jeszcze kilka dni temu, tuż po zatrzymaniu M., bronił go jego przełożony, Antoni Macierewicz. Polityk zapewniał o uczciwości zatrzymanego, a poparciem dla jego słów miało być między innymi poręczenie Tadeusza Rydzyka.

Wiele osób mówiło mi, że zna Bartłomieja M. i trudno im wyobrazić sobie, aby był on nieuczciwy. Rozmawiałem w tej sprawie m. in. z ojcem Tadeuszem Rydzykiem, który za niego poręczył  - zapewniał Macierewicz. -

ZOBACZ: Ojciec Rydzyk broni "Misia" przed sądem. Publikuje oficjalne oświadczenie

Bartłomiej M. zatrzymany przez CBA

Współpracownicy ostro o Bartłomieju M.: niebezpieczny typ

Tymczasem inni współpracownicy M. nie mają tak dobrego zdania na jego temat. W tygodniku "Sieci" opublikowano wypowiedzi kilku byłych kolegów z pracy rzecznika MON. Z nich wynika między innymi fakt, że "Miś" bardzo lubił opływać w luksusy, a praca z nim bywała... niebezpieczna.

Panuje tam, (w gabinecie na ul. Klonowej - przyp. red) w odróżnieniu od biurowca przy al. Niepodległości, atmosfera iście dworska. Stylowe sale, kominki, obrazy i rzeźby oraz kamerdynerzy podający posiłki i napoje do gabinetów. I w tę atmosferę bardzo łatwo wsiąknąć, więc łasy na komplementy i lubiący opływać choćby w pozory luksusu M. poczuł się tam dobrze od pierwszej chwili - czytamy w tygodniku.

Bartłomiej M. miał przy tym pracować w typowo "komunistycznym stylu".

Niczym pierwszy sekretarz z czasów słusznie minionych, rozparty wygodnie w swoim fotelu. Pod jego gabinetem ustawiały się kolejki interesantów, a on łaskawie decydował, kiedy i kogo przyjmie. To było żenujące, gdy wysocy szarżą wojskowi, nawet generałowie, czekali na audiencję po kilka godzin. A gdy się już dostali do środka, to zdarzało się, że musieli jeszcze poczekać, aż pan rzecznik zje - opowiadała była pracownica MON.

To dalej nie wszystko. M. miał być wybuchowy i to, czy ktoś został zwolniony, czy utrzyma stanowisko, często zależało od jego humoru.

Czekoladki pochłaniał kilogramami. Pewnego dnia rozbolał go ząb. Wściekał się i wykrzykiwał, że jeśli będzie go dłużej boleć, to kogoś wyp* z roboty. Do szpitala wojskowego jechało z nim trzech pułkowników - relacjonowali rozmówcy "Sieci".

To zdemoralizowany typ. Młody chłopak, który długo niewiele znaczył w polityce, a nagle dostał prezent w postaci władzy. Przez ten nagły awans był bardzo niebezpieczny, jego humor decydował o tym, czy kogoś zwolni, czy może tylko udzieli reprymendy - czytamy.

ZOBACZ TEŻ: